dawniej | historia | strona główna

Jan Sarkandr, Lisowczycy oraz neutralność wyznaniowa Państwa Polskiego

W numerze 22 (335) z 29-30 V 99 dodatku "+ Plus - Minus" "Rzeczpospolitej" ukazał się artykuł "Tak blisko, tak daleko" pani Barbary Sierszuły, prezentujący obraz Polaków oglądany oczyma Czechów. Tezy pani Sierszuły, niezwykle trafne i profesjonalne, są zapewne dość ciężkostrawne dla nas Polaków, mimo (a może właśnie dlat ego), że są prawdziwe. Nie będę ich tutaj przytaczał, zainteresowani mogą zapoznać się z tekstem w podanym źródle, ale z całą mocą chciałbym podkrelić jedną z nich, że przeszkody we wzajemnym zrozumieniu Polaków i Czechów, choć całkiem konkretne, różnorodnie uwarunkowane i mające dość bogatą formę, wydające się nie do przeskoczenia - znikają przy dłuższych kontaktach.

Polecam tę lekturę, bo pozostając od pewnego czasu na styku polsko-czeskim, widzę że nasze stosunki rzeczywiście są "tak dalekie (choć) tak bliskie". Pragnąłbym uzupełnić wspomniany tekst o czynnik, który być może odegrał decydującą rolę w naszych wzajemnych kontaktach. Jest on dość stary i od strony czeskiej nie całkiem jasno uświadamiany, przez co oddziałuje raczej z poziomu podświadomości, a ze strony polskiej jest od pokoleń skrzętnie ukrywany przez polską historiozofię i pozostałe części całych pokoleń polskich elit. Niestety, w przyrodzie nic nie ginie i manipulatorskie podejście do historii nikomu nie wychodziło nigdy na dobre. Aby zapewnić prawidłowy rozwój dużych grup społecznych jakimi są państwa, obowiązkiem elit jest utworzenie przestrzeni przez spuszczenie powietrza z nadmuchanych dla doraźnych celów balonów, odbrązowienie oraz rozświetlenie ciemnych miejsc w historii. Pozostawienie "zakłamanych miejsc" cieniem się kładzie na rozwoju, a czasem go zupełnie uniemożliwia, czego niestety wyrazistym przykładem są losy Rzeczpospolitej Obojga Narodów oraz jej spadkobierców.

Wróćmy do spraw polsko-czeskich. W czasie swej ostatniej wizyty w Republice Czeskiej papież Jan Paweł II wyniósł na ołtarze błogosławionego Jana Sarkandra. Spotkało się to z szerokim oddwiękiem w społeczeństwie czeskim. Choć mam wielu bliskich przyjaciół w czeskich rodowiskach katolickich i wydawało mi się, że znam ich dobrze, a także naszą historię, to reakcja Czechów na to doniosłe wydarzenie (a zwłaszcza środowisk katolickich) była dla mnie szokiem. Całe społeczeństwo czeskie, wraz z dość małą swą częcią wyznania katolickiego, przyjęło bardzo negatywnie fakt wyświęcenia Jana Sarkandra. Do tego stopnia, że stadion w Pradze, gdzie odbywało się spotkanie z Ojcem Świętym był pusty! Jedynie murawa zajęta była przez ludzi dość luźno poustawianych. Skłoniło mnie to wówczas do poszperania w historii okresu, w którym żył błogosławiony Jan Sarkander, i to co znalazłem chciałbym w możliwie jak największym skrócie przedstawić poniżej.

XVI i początek XVII wieku to okres Reformacji, zapoczątkowany wystąpieniem Lutra i Kalwina wraz z potężną reakcją społeczną w całej Europie oraz odwieżeniem idei Jana Husa w Czechach. Po pewnym okresie niezdecydowania nastąpiła reakcja ośrodków katolickich, która w swej najbardziej radykalnej formie przybrała postać ogólnoeuropejskiej wojny religijnej, długiej i krwawej. Rzeczpospolita Obojga Narodów długo utrzymywała neutralność wobec tej sytuacji, będąc nagrodzona dobrobytem gospodarczym i rozwojem kultury.

W Czechach reformatorski ruch husycki osiągnął dużo większe wpływy niż reformacja w Rzeczpospolitej (choć obraz społeczeństwa tej ostatniej był bardzo różnorodny, a katolicy pozostający największą grupą wyznaniową, bynajmniej nie stanowili większości). Katolicy w Czechach, będący w mniejszości i z perspektywą utraty swej pozycji społecznej w tworzącym się nowym układzie sił, pragnęli za wszelką cenę zmienić kierunek zmian rozgrywającego się procesu historycznego. Przyzywali więc jak mogli wojska papiesko-cesarskie uwikłane w ciężkie walki w Niemczech i Austrii oraz każde możliwe ich uzupełnienie. Jedną z takich prób był list Jana Sarkandra, czeskiego księdza katolickiego do polskiego króla Zygmunta III Wazy, z prośbą o zbrojne wsparcie czeskich katolików. Prośba spotkała się z przychylnym przyjęciem i do Czech zostały skierowane chorągwie lisowczyków*.

lisowczycy

J. Brandt "Lisowczycy pod gospoda"

Przyjrzyjmy się uważniej kontekstowi tej królewskiej decyzji. Oddziały lisowczyków nie były bynajmniej bandami rabusiów nie związanymi z polską władzą (jak chcą niektórzy polscy historycy), lecz świetnie wyszkolonymi, doborowymi oddziałami przeznaczonymi do zadań specjalnych, uformowanymi przez hetmana wielkiego litewskiego Jana Karola Chodkiewicza, ściśle podporządkowanymi władzy centralnej. Pan Jan Karol, postać wybitna w naszej historii (i w historii wszystkich spadkobierców Rzeczpospolitej), genialnie wykorzystując splot korzystnych wydarzeń politycznych, doprowadził, wespół z hetmanem polnym koronnym Stanisławem Żółkiewskim do niezwykłego zaiste zbliżenia Rzeczpospolitej i Wielkiego Księstwa Moskiewskiego. Do sytuacji, w której stosunkowo duża częć elit moskiewskich (mająca władzę) prosiła wręcz Rzeczpospolitę o unię (1610). W tych skomplikowanych wydarzeniach niebłahą rolę odegrały specjalnie na tę okoliczność powołane przez pana hetmana Jana Karola formacje zbrojne pod wodzą pułkownika Lisowskiego. Powołanie unii miało wiązać się co najmniej z utrzymaniem neutralnoci wyznaniowej przez Rzeczpospolitą. Zygmunt III zdecydował się jednak na coś zupełnie przeciwnego, na radykalną zmianę doktryny polskiej racji stanu wypowiadając tę neutralność i przystępując oficjalnie do obozu kontrreformacji. Zburzyło to kompletnie misternie przygotowaną przez Żółkiewskiego i Chodkiewicza konstrukcję unii z Moskwa i zaowocowało lawiną tragicznych dla Rzeczpospolitej wydarzeń. Doprawdy trudno sobie wyobrazić w co mogło przeobrazić się państwo powstałe z takiej fuzji Rzeczpospolitej i Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, jaką rolę mogło ono odegrać w najnowszych dziejach świata, a sytuacja bardzo przypominała początki unii Polski z Litwą, która zaowocowała powstaniem olbrzymiego i stojącego na bardzo wysokim poziomie państwa, bez aneksji i przemocy!

Po decyzji o odstąpieniu od neutralnoci w wojnie przeciwko Reformacji Zygmunt III wycofał z Kremla w Moskwie polskie wojska oczekujące już kilka lat na koronację jego lub królewicza Władysława (nie odbyło się to już tak spokojnie, no bo ileż można czekać, a poza tym na skutek tych paru lat królewskiego niezdecydowania moskiewskie elity propolskie właśnie traciły władzę) oraz po jakimś czasie wysłał formacje pułkownika Lisowskiego do Czech, Słowacji i na Śląsk. Odbyły tam one niechlubną, szereg lat trwającą, kampanię palenia i rabowania, a na koniec uczestniczyły w ostatniej fazie fizycznego unicestwienia szlachty czeskiej, w bitwie pod Białą Górą (1620), po której to właśnie one wymordowały wziętych do niewoli jeńców czeskich. A nie było ich kilkudziesięciu, a zapewne znacznie, znacznie więcej. Warto sobie zdać sprawę z faktu, że wraz z póniejszymi dekretami cesarza Rudolfa II doprowadziło to do zupełnej likwidacji szlachty czeskiej. W owym czasie to właśnie szlachta w państwach Europy była nośnikiem narodowości... Rozliczając Katyń dobrze byłoby uderzyć się w pierś i wskazać palcem odpowiedzialnych za to całkiem podobne, a dużo wczeniejsze morderstwo, którego się sami dopuciliśmy, a nie aż dotąd udawać strusia, przemilczając i przekłamując tak dramatyczne i znane fakty historyczne.

Ciężkim brzemieniem położył się ten zwrot na dalszych losach Rzeczpospolitej. Wystarczy przypomnieć klęskę z Turkami (Cecora - 1620), powstanie Chmielnickiego (1648), najazd Szwedów, Moskwy i Siedmiogrodzian i faktyczną śmierć Rzeczpospolitej Obojga Narodów (1655-1660). Z trudem dźwignięta z tych zgliszcz nowa Rzeczpospolita była już pod wieloma względami zupełnie innym państwem - słaba ekonomicznie, niestabilna politycznie, pozornie jednolita wyznaniowo, a de facto głęboko i niebezpiecznie rozdarta, okrojona terytorialnie (bez Kijowa, Smoleńska, Prus Książęcych, Inflant, Rygi i innych ziem) z masą nierozwiązanych problemów, gdzie nie było już miejsca na Koperników, Rejów, Kochanowskich, Fryczów, Modrzewskich, Stryjkowskich czy Skorynów. Brak rzetelnej analizy przyczyn owego upadku, ba zupełnie opaczna ich interpretacja (co ciągnie się do dziś!), przyczynił się do zniknięcia z mapy Europy żałosnych szczątków Rzeczpospolitej w 1795, a także negatywnie odciska się na losach każdych następnych prób powołania do życia głównego spadkobiercy Rzeczpospolitej Obojga Narodów - państwa polskiego.

Warto sobie uświadomić, że jednym z następstw owej sytuacji była swoista kradzież "historii"- korzeni historycznych dziś istniejących państw - Ukrainy, Białorusi, Litwy, Estonii, Łotwy. Wyrzuceni poza nawias społecznej przestrzeni życiowej zwolennicy innych niż katolicko-polska tradycji narodowo-religijnych, stanowiący przed okresem 1620-1660 w sumie większoć społeczeństwa szlacheckiego-mieszczańskiego, a więc niemieccy luteranie i kalwini, rusko-ukraińscy prawosławni, katoliccy i prawosławni Białorusini czy nawet katoliccy Litwini, zostali "wydziedziczeni" przez najsilniejszego, ale przecież nie jedynego spadkobiercę Rzeczpospolitej Obojga Narodów, i wypchnięci na długo poza nawias życia państwowego. Dali oni potem początek nowym bytom państwotwórczym: prusko-niemieckiego, ukraińskiego, białoruskiego, litewskiego, estońskiego, łotewskiego. Wszyscy oni mają prawo do swej częci spadku po Rzeczpospolitej (czego, niestety, de facto im odmawiamy!), podświadomie czują się jej spadkobiercami nazywając swoje parlamenty czy inne ciała społeczne Sejmami, ale oficjalnie z powodu wspomnianej wyżej kradzieży nie mogą skonsumować swych praw spadkowych. Zmuszeni są do tworzenia dość karkołomnych konstrukcji historycznych (niewiele mających wspólnego z prawdą, a dla nas zdecydowanie niekorzystnych), dających oparcie ich państwowości. Nie wróży to nic dobrego na przyszłoć, a przyczyną tego jest owa kradzież, której się dopuścilimy, i o której w końcu ktoś powinien głośno powiedzieć w naszym własnym interesie, na początek w naszym własnym gronie.

Aby ostatnia próba odbudowania polskiej państwowości powiodła się musimy rozliczyć decyzję radykalnej zmiany doktryny państwowej dokonanej przez Zygmunta III na początku XVII wieku. Doprawdy waga tych wydarzeń jeszcze dziś jest tak wielka, że Rosjanie właśnie teraz (!) ustanowili dzień wycofania z Moskwy polskich wojsk oczekujących na króla Zygmunta III lub jego syna Władysława, dniem święta swojej armii! (wówczas to właśnie powołano do życia zasłużoną dla Rosji dynastię Romanowych). To, że w 1660 roku wsadziliśmy głowę w piasek i udajemy, że nic się nie stało nie załatwi problemu. Każde wyjście tego problemu "na powierzchnię", a miało to miejsce np. podczas II wojny, kończyło się dla nas dość tragicznie (krwawe sprawy polsko-litewskie, czy polsko-ukraińskie). Teraz trudna sytuacja tych państw "ukryła" znowu ten problem, ale on wróci. Oby nie w takiej formie jak w latach 40-tych.

Oczywiście opisane tu zjawiska społeczno-polityczne początku XVII wieku były daleko bardziej złożone, ale zastosowane tutaj uproszczenia i przerysowania pozwalają jaśniej zobaczyć nowe powiązania ówczesnych wydarzeń, błędów i niewykorzystanych możliwości, z obecną sytuacją naszego państwa.

Wracając na koniec do wątku czeskiego widzimy wyraźnie jak śmiesznie jest przepraszać Czechów za interwencję w 1968 roku, a zupełnie przemilczeć o wiele cięższe przewiny. Również i ta sprawa jest konkretnym zadaniem dla naszych elit...

Lublin 1999 Leszek Mioduchowski

Przypisy:

* Lisowczycy

Nieregularna formacja lekkiej jazdy polskiej, znana z niezwykłej sprawności bojowej, okrucieństwa, grabieży, ale i z niezwykłej jak na owe czasy sztuki jeździeckiej i żelaznej dyscypliny. Lisowczycy walczyli często w oderwaniu od sił głównych, na tyłach przeciwnika. Formacja została zorganizowana na początku XVII w. (1614) przez Aleksandra Józefa Lisowskiego (ok. 1575 - 1616), pułkownika królewskiego, uczestnika bitwy pod Kircholmem, walczącego w służbie Dymitra I Samozwańca, Dymitra II Samozwańca i od 1611 r. w służbie króla Zygmunta III Wazy. Oddziały te, jako najemne, brały udział w walkach prowadzonych w całej Europie aż do 1636 r.